Z czym zgłosił się klient?
Sprawa dotyczyła przedsiębiorcy prowadzącego lokalny biznes.
Nie był niewypłacalny.
Nie ukrywał się całkowicie.
Po prostu konsekwentnie ignorował płatność i zakładał, że sprawa skończy się na kilku mailach i telefonach.
Tomek szybko wyczuł, że problemem nie jest brak pieniędzy.
Problemem było przekonanie dłużnika, że nikt nie będzie chciał wyjść poza bezpieczną komunikację zza biurka.
Co zrobiliśmy?
Ustaliliśmy, gdzie regularnie bywa.
Okazało się, że bardzo punktualnie pojawia się w tym samym klubie squashowym.
Pierwsze spotkanie było przypadkowe.
Drugie już zdecydowanie mniej.
Nie chodziło o robienie scen.
Ale dwa takie spotkania wystarczyły, żeby przyciągnąć uwagę jego znajomych i pokazać, że temat nie zniknie sam.
Jak zakończyła się sprawa?
Po tym sprawa wróciła tam, gdzie dłużnik czuł się najbezpieczniej — do komunikacji mailowej.
Rozpoczęły się rzeczowe rozmowy.
Finalnie podpisano ugodę i należność została spłacona.
Wniosek
Nie każdy dłużnik boi się sądu.
Niektórzy bardziej boją się, że ktoś zada niewygodne pytanie w nieodpowiednim miejscu.


